Martynka przyszła na świat w 6 stycznia 2011 roku w 23. tygodniu ciąży. Ważyła 670 gramów, miała 30 cm długości. W czwartej dobie jej waga spadła do 560g. Urodziłam moją maleńką Calineczkę.

Był to mroźny, zimowy i świąteczny dzień – Święto Trzech Króli. Mała miała urodzić się 3 maja, a przyszła na świat zimą. Nikt się tego nie spodziewał, mimo iż od ponad tygodnia przebywałam w szpitalu, gdyż dostałam przedwczesnych skurczy. Brałam odpowiednie leki
i wszystko wydawało się być pod kontrolą. Miałam leżeć do końca ciąży, miałam problemy tarczycowe. Nagle 5 stycznia wieczorem odeszły mi wody i dostałam skurczy, których nie udało się powstrzymać. To była traumatyczna noc, bałam się, że znów stracę dziecko (pierwsza ciąża była nieudana). Była noc i nawet nie zadzwoniłam do męża. Miałam nadzieję, ze wszystko w nocy się uspokoi.

O godzinie 10.10 wylądowałam na sali porodowej, a o 10.17 Martynka była już na świecie. Urodziłam ją siłami natury. Potwornie bałam się, że ona nie przeżyje. Usłyszałam jej płacz, była maleńka… Nie da się opisać tego, co wtedy czułam. Pierwsze słowa, które ode mnie usłyszała to: „Bądź silna”. Następnie pojechała na Odział Intensywnej Terapii Noworodka (OITN). Potem zadzwoniłam do męża z wiadomością, że Martynka jest już na świecie.
Poszliśmy do niej razem z Mężem ok. 14.00. Tego widoku nie da się opisać, była najmniejsza ze wszystkich dzieci na oddziale. W pierwszym odruchu ją ochrzciliśmy. Niewiele do mnie docierało z tego, co mówili lekarze i pielęgniarki. Nie dawali nam wielkich nadziei, szans… Raczej nastawiali na najgorsze. Nigdy w życiu tak się nie bałam. Jedyne co mogłam robić to modlić się najpierw o jej życie, a potem o zdrowie. Walczyłam też o laktację. Nie wierzyłam, ze tak wcześnie można ja wywołać. Na szczęście udało się.

Odwiedzałam Martynkę codziennie, od otwarcia do zamknięcia oddziału przesiadywałam przy inkubatorze. Na początku nie mogłam jej nawet dotykać, gdyż jej skóra była bardzo niedojrzała. Przypadkiem po tygodniu siostra poprosiła mnie, abym ją przytrzymała, gdyż trzeba było wymienić pościel. Za kilka dni mogliśmy z mężem włożyć dłonie do inkubatora i w taki sposób przytulaliśmy ją ponad miesiąc. Ale były przerwy w przytulaniu – gdy zachorowała.
Pierwszy miesiąc był prawdziwym koszmarem. Co chwilę dostawaliśmy informacje, po których uginały nam się nogi, o tym z jakimi komplikacjami musi zmierzyć się nasze maleństwo.  A było tego trochę: wylewy dokomorowe w mózgu II stopnia, żółtaczka, sepsa, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, operacyjne zamknięcie przewodu tętniczego Botalla, retinopatia II stopnia, niedokrwistość (przetaczanie krwi 4 razy), tlenoterapia (respirator 39 dni, tlenoterapię bierną w inkubatorze stosowano do 66. doby życia), dysplazja oskrzelowo – płucna,, przepuklina pępkowa, zaburzenia gospodarki wapniowo fosforanowej. Spędziliśmy w szpitalu 106 dni. Dwa miesiące na OITN, a od 7 marca na Oddziale Patologii Noworodka.

Na pierwsze kangurowanie czekałam 6 tygodni, aż usprawni się oddychanie. Oczywiście popłakałam się z emocji. Przytulałam ją kiedy to tylko było możliwe, mówiłam do niej, starałam się śpiewać, ale często w początkach słowa stawały mi w gardle. Towarzyszył nam potworny strach o małą, wielokrotnie nie byliśmy pewni, czy Martynka przetrwa noc. Wsparciem była dla nas pani psycholog – pani Bożenka. Wiele dawały nam rozmowy z rodzicami dzieci, którzy podzielali nasz los na oddziale. Na wiele pytań odpowiadała nam mądra książka pt. „Wcześniak. Pierwsze 6 lat życia”. Lekarze i pielęgniarki dawali z siebie wszystko i chylę im czoło za cuda, których dokonują! Do końca życia, będę nosić wszystkich w sercu.

Po wyjściu ze szpitala czekał nas szereg konsultacji i walka, aby dostać się do danego specjalisty (okulisty, audiologa, neurologa, ortopedy). W pierwszym roku życia było ich bardzo dużo. Byliśmy też pod opieką poradni neonatologicznej w Szpitalu na ul. Karowej oraz DORN. Co ciekawe, panie rehabilitantki obserwowały rozwój Martynki, jej odruchy i nawet była już rozpisana rehabilitacja po wakacjach, ale okazało się, że Martynka ładnie się rozwija i rehabilitacja nie była konieczna.

Martynka osiągała kolejne poziomy dojrzałości idąc zgodnie z wiekiem korygowanym. W wieku 6 miesięcy korygowanych usiadła, a w wieku 11 miesięcy zaczęła samodzielnie stawiać pierwsze kroki (było to 10 kwietnia 2012 roku).

W chwili obecnej mamy problemy i choroby jak większość dzieci. Od ponad 3 lat Martynka nosi okulary – jest dalekowidzem. Jest mniejsza i drobniejsza w stosunku do swoich rówieśników. Jesteśmy na etapie badania hormonu wzrostu. Poza tym jest bardzo kochanym, urokliwym, z wielkim poczuciem humoru dzieckiem. Bardzo ładnie się rozwija intelektualnie. Chodzi czwarty rok do przedszkola. Uczy się literek, pisania. Ładnie rysuje, lubi taniec, balet. Jest bardzo rozśpiewana – zawsze nam śpiewa w aucie. Marzy o rodzeństwie i oczywiście o piesku. Kocha swojego kotka Dyzia, a on odwzajemnia to uczucie głośnym mruczeniem i przytulaniem.

Niedługo kończymy 6 lat, czas leci. Pisząc naszą historię robię to ze łzami w oczach… mimo upływu lat siedzi to wszystko bardzo głęboko i na zawsze pozostanie w sercu. Modliłam się o cud dla Martynki i on się dokonał. Trzeba wierzyć w CUDA … i o nie prosić, one naprawdę się zdarzają!

Ania Jankun
(mama wyjątkowej córeczki)

WIĘCEJ INFORMACJI

MAPA OŚRODKÓW ZDROWIA

Znajdź specjalistyczną przychodnię w Twojej okolicy.

VADEMECUM

Poznaj różne ciekawe pojęcia związane z wychowywaniem wcześniaka..